2 stycznia 2015

Idealna impreza

Witajcie!!!!

Ostatnio przytrafiła mi się pouczająca historia, dlatego muszę ją Wam opowiedzieć. Rzecz zdarzyła się naprawdę, gdzieś na południu Polski, w kraju, który jak wiadomo na całym świecie zasłynął z wyjątkowej gościnności jego mieszkańców. Zostałam zaproszona wraz z przyjaciółmi na pewną imprezę urodzinową. Spodziewaliśmy się, że będzie idealnie, hucznie i z pompą, dlatego apetyt na ucztowanie rósł z każdą chwilą zbliżającą nas do imprezy.


Tym większa była uciecha, kiedy ów dzień nadszedł i w końcu zjawiliśmy się w wyznaczonym czasie pod wskazanym adresem. Gospodarze przywitali nas ciepło, my zaś prędko złożyliśmy życzenia oraz przekazaliśmy urodzinowe podarunki, by móc wspólnie z nimi zacząć świętować. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku, gospodarz, mimo, że młody zacnie ugościł nas trunkiem, choć jak się później okazało – tylko do czasu. Stół w pierwszej chwili też zdawał się być suto zastawiony. Dopiero po chwili zauważyłam pewne uchybienia, tudzież nieścisłości.


Zacznę od jajek, bo one skończyły się jako pierwsze. To znaczy, ja tylko widziałam pusty talerz, na których wcześniej były jajka, ale są świadkowie, którzy podobno widzieli je naprawdę. Po prostu okazało się, że był przydział, a dodatkowo obowiązywała reguła – kto pierwszy ,ten lepszy. Jak na szybko oszacowałam, w wolnej chwili, kiedy rozmowa, jak to się mówi, nie kleiła się, biorąc pod uwagę liczbę gości, przypadało około jedno jajko na parę. Tyle tylko, że ja i moja para nie zdążyliśmy. Najwyraźniej jakaś inna para zjadła wcześniej również nasz przydział. Wychodzi na to, że jakaś para zjadła całe dwa jajka . Normalnie łapczywi Ci goście, zachłanni, jakby nigdy nie jedli. A, że gospodyni zaaferowana prezentem i wznoszeniem kolejnych toastów, nie pomyślała, żeby jajek dogotować, albo chociaż usunąć pusty talerz, no to przecież jej wybaczymy. I tak się postarała. Równie dobrze przecież w ogóle mogło nie być jajek.

Oprócz tego na stole były trzy rodzaje sałatek, więc można by rzec, że tu nadrobiono. Tyle tylko, że ani wyglądem, ani smakiem one nie grzeszyły. Ale to podobno kwestia gustu. A o gustach się nie dyskutuje, więc na tym urywam. W każdym razie pamiętam, że jak wychodziłam z imprezy, to miski z sałatkami były niemal pełne, także inni gości chyba mieli podobny gust do mojego.

Na szczęście jednak, na stole znalazł się jeden półmisek z wędliną i serem żółtym, żeby każdy mógł w akcie desperacji poratować się kanapką, z czerstwego chlebka oraz uwaga – wypas – dodatkowo był jeszcze półmisek z pomidorem i ogórkiem pokrojonymi w plasterki. Można je było sobie położyć na kanapkę , dzięki czemu spełniały potrójną funkcję – poprawiały wygląd kanapki, jej smak i trzecia najważniejsza – zmiękczały chlebek. Tak nawiasem mówiąc, tymi półmiskami i opcją z kanapkami to gospodyni wykazała się naprawdę kulinarną finezją, była to chyba jedna z bardziej oryginalnych przekąsek imprezowych, jakie w życiu na imprezach widziałam. Chyba zmałpuję, jak sama będę kiedyś organizować bibę. Wzniosła się na wyżyny swojej wyobraźni i kuchennych umiejętności, zaskakując chyba wszystkich gości.

No, ale wracając do tematu, z przekąsek i smakołyków to chyba było tyle. Niech pomyślę, …nie, zapomniałam jeszcze o jednym. Była także galareta z nóżek , z którą jak sądzę gospodyni nie miała nic wspólnego poza tym, że wystawiła ją na stół. Była to galareta drobiowa, jak zdążyłam zauważyć, bo próbować się nie odważyłam,. Raz, że w tym kulinarnym przypadku stanowiło to ryzyko gastryczne, a dwa, że pod wpływem toastów, które do pewnego czasu ratowały ucztę, nie zdążyłam oszacować przydziału galarety. No bo były trzy galaretki, każda na osobnym talerzyku, rozstawione w różnych miejscach na stole. Trzy to trochę mało, na tyle osób, ale gospodyni była błyskotliwa i zaradna, no i podzieliła każdą z nich na kilka części, więc galaretek, a raczej kawałeczków galarety było automatycznie więcej, ale suma summarum i tak nie spróbowałam, bo preferuję opcję wieprzową.

No i teraz to już naprawdę wszystko z atrakcji kulinarnych. Rzekło by się , że klops – ale nie taki na ciepło. Gorącego dania, tudzież ciepłej przekąski też nie było. Taki klops w sensie, że do chrzanu. Ale ktoś powie, że się czepiam i pochwali gospodarzy, że gospodarni, oszczędni, a na imprezy przecież nie chodzisz się najeść, tylko spotkać z przyjaciółmi w dobrej atmosferze. No tak, gorzej tylko, jak i ona jest do kitu. W każdym razie, jak mówią, że „Gość w dom, Bóg w dom”, to w tym domu mało z Boga było, a opowieść tą potraktujcie ku przestrodze.

Drogie Panie i Panowie – do torebek oprócz zapasowej pary rajstop dla żony spakujcie jakąś kanapkę przed imprezą, bo w tym zacnym kraju nigdy nie wiecie na jaki konkretnie rodzaj gościnności traficie. Żebyście nie wychodzili z uczty głodni, jak to mówią „Lepiej nosić, niż się prosić”. I ja się tego nauczyłam, jak po tamtej pamiętnej imprezie pędziłam do domu, nie z zimna, mimo, iż był grudzień, ale z głodu. I nie muszę Wam chyba opisywać, jak bardzo ucieszył mnie widok własnej lodówki i perspektywa kolacji :)

Kończąc wywód posłuchajcie dobrej rady. Pamiętajcie, że idealna impreza to pojęcie względne. Albo czasami gospodarze po prostu zapominają, że imprezy robi się dla gości i robią je idealnymi tylko dla samych siebie, kierując się na przykład oszczędnością, żeby nie powiedzieć skąpstwem, bo skądinąd wiem, że tamci pamiętni gospodarze, na innych rzeczach nie oszczędzają, tak jak na swych gościach. Ale Cichosza. Ja tego nie mówiłam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dodaj swój komentarz...